Wczoraj przypadkowo natknęłam się na Essence Multi Action Smokey Eyes Mascara. Jako że uwielbiam różową wersję musiałam kupić i tą. I przy okazji skontrolowałam liczbę tuszy w moim kuferku.
I wyszło mi coś takiego.
Wszystkie maskary mam otwarte i wszystkie nadają się do użytku i używam ich wymiennie.
1. To maskary z essence. Różowa to hit i KWC wielu wielu osób. Tania jak barszcz a warta polecenia. Zielona przegrywa z różową. Testy pomarańczowej jeszcze przede mną. Dodam że pomarańczowa ma bardzo ciekawy kształt szczoteczki
3. Tusze pogrubiające. Lubię je wszystkie. Colossal ładnie pachnie jednak zauważyłam że szybko wysycha na rzęsach i trzeba szybko nakładać kolejne warstwy. Rimmel 1-2-3 Looks Mascara też jest całkiem do rzeczy. Cały sekret 3 poziomów to regulacja ilości tuszu na szczotce. U mnie dość szybko zepsuł się ten "mechanim obrotowy" i po ilości nabranego tuszu stwierdzam na którym jestem poziomie. Diorshow to najdroższy tusz w mojej kolekcji. Tusz jest bardzo dobry. Ma intensywny zapach. Owszem fajnie podkreśla rzęsy, jest trwały i mocno czarny. Jednak jego cena (coś koło 35euro) nie zachęca. Ja raczej już nie kupię go ponownie bo za taką cenę mogę mieć 2 czy 3 tusze które dadzą u mnie podobny efekt.
4. Tusz z bazą i 2 odżywki. Tusz lubię chociaż z takich z bazą wolałam L’Oréal Volume Shocking ale od dawna nie mogę go u mnie dostać. Co do odżywek to nie zauważyłam spektakularnych efektów więc rozwodzić się nie zamierzam (ale też nie byłam systematyczna w stosowaniu więc może i działają jak ktoś się przykłada)
To byłoby na tyle. Czy ja jestem dziwna z taką ilością otwartych maskar czy też tak macie? I może polecacie coś to absolutnie warto mieć w swojej tuszowej kolekcji?
A robiąc fotki do dzisiejszej notki zauważyłam że mam na karcie zdjęcie sprzed kilku dni. Dodaję jako bonusik :)